Był wspaniały letni dzień, naprawdę całkiem przyzwoity jak na środek zimy, dzieci bawiły się w piaskownicach w ataki terrorystyczne, panowie w poliestrowej odzieży sportowej i ze stylowo wygolonymi głowami pytali przechodniów czy przypadkiem nie gnębią ich jakieś problemy, samochody uwijały się jak w ukropie, każdy zajęty był swoimi sprawami. W całym tym miejskim chaosie nikt nie zwracał uwagi na małego zgreda stojącego na parkingu pomiędzy pojazdami jednośladowymi, przez motocyklistów zwanymi pieszczotliwie "kible". Natura tak osobliwego synonimu jest całkiem prosta, otóż osoba dosiadająca tak oryginalnego wehikułu przyjmuje pozycję, która nie kojarzy się z niczym innym niż oddawaniem zbędnego balastu w pomieszczeniu stanowiącym bardzo strategiczne znaczenie dla właścicieli każdego mieszkania. Ale nie odbiegając od tematu, skupmy się ponownie na naszym małym zgredzie. Otóż aparycja naszego misternego bohatera wskazuje na to, że jest on zagorzałym fanem kiszenia własnego siedzenia przed monitorem ukochanego peceta. Posklejane i znajdujące się w totalnym nieładzie włosy, zabawnie sterczały spod brudnej, zgodnie z obowiązującymi trendami przekrzywionej na bok bejsbolówki. Owe okrycie głowy ewoluowało znacznie przez lata, aktualnie musi ono posiadać ogromny daszek, przynajmniej wielkości małej patelni(koniecznie płaski), jaskrawe wielkie napisy rzucające się w oczy z odległości dwóch kilometrów i najlepiej żeby spod okrycia wystawała chusta, pozwala to na zawiązanie głębszej więzi z naszymi afroamerykańskimi braćmi zza oceanu. Ubranie składało się z długiej do kolan koszulki (w niektórych przypadkach mogłaby z powodzeniem pełnić rolę prześcieradła), obowiązkowo z angielskimi dużymi napisami. Na wymienioną koszulkę przypadała jeszcze jedna, tym razem podkoszulka z nazwiskiem jakiegoś sławnego gracza koszykówki bądź z jego numerem. Całość dopełniała niezbędna wręcz, obszerna, nadmuchana kurtka, ze śliskiego, świecącego materiału, zaopatrzona w mile widziane symbole przedstawiające walutę zagraniczną. Nogi okolone były spodniami o niebywałej pojemności, ich krocze znajdowało się mniej więcej na wysokości podkolan (w ekstremalnych wyjątkach nawet niżej). Spodnie ubrane w sposób trendy czyli po podciągnięciu koszulki, delikwent może dumnie prezentować markową bieliznę, która jest przecież tak ważną częścią ubioru przeznaczoną do ekshibicji. Spod nogawek poprzecieranych spodni wystawały wielkie buty (najlepiej gdy są do deskorolki, na dzielni lepiej na to patrzą). Jego podkrążone i przekrwione po wielu nieprzespanych nocach oczy wpatrywały się w coś intensywnie. Niebieskie, powiększone nienaturalnie źrenice błądziły pomiędzy bawiącymi się dziećmi, które były akurat na etapie ataku wąglikiem i pomiędzy starą kobieciną w oślepiająco- seledynowym, moherowym berecie, która z godnego podziwu uporem przeżuwała orzeszki ziemne. Zadanie było dla niej o tyle trudne, że starowinka zapomniała wyjąć w domu protezy ze słoika z corega tabs. Opodal grupka gimnazjalistów, debatowała o czymś z niezwykłym ożywieniem. Nie było ich zbytnio widać spoza mgły spalanych przez nich papierosów, które tak bardzo podkreślały ich dojrzałość i powagę osiągniętego już przez nich wieku. Co niektórzy albo z nudów, albo z czystego przyzwyczajenia (w marginalnych przypadkach po prostu z musu), pociągali długie łyki napojów wyskokowych (warto napomknąć, że nie chodzi tu o red bulle). A wszystkiemu temu towarzyszyły nerwowe spojrzenia, czy przypadkiem panowie w niebieskich mundurach z szerokimi uśmiechami na twarzach nie zastaną ich w tak jednoznacznej i ciężkiej do wytłumaczenia sytuacji. Ale zostawiając nastolatków warto podążyć śladem wydychanych przez nich obłoków dymu nikotynowego. Otóż przesuwana podmuchami wiatru zachodniego śmiercionośna toksyna tuliła się do szyby okna na parterze bloku mieszkalnego. Za tą właśnie szybą można było bez trudu dostrzec młodzieńca, którego wiek był bliżej nieokreślony, siedzącego przed matrycą od ojcowego laptopa i walącego głupie szneki do małego oczka w obudowie. Oczko to było niczym innym jak kamerką cyfrową, a młodzieniec robił sobie akurat świeżutką sesyjkę fotografii, które później bez cienia wstydu umieści na portalach internetowych, które specjalizują się w gromadzeniu jemu podobnych osobników w jednym miejscu w sieci. Częstym zjawiskiem na tego typu portalach jest wymuszanie przez danych użytkowników na innych, którzy posiadają status "znajomi" jak najlepszych opinii i całego mnóstwa komentarzy (broń Boże takich ze słowami krytyki, wtedy łatwo o koniec znajomości). Najlepiej jest wypracować sobie do tego odpowiedni image, czyli długa grzywka, najlepiej w trójkącik i na bok twarzy z nią (taki hołd dla pana ze sławnym wąsikiem), malować cienie wokół oczu (wspaniale imitują sińce), podrzeć albo pociąć odzież, dorzucić jakiś krawacik, tenisówki, pomalować paznokcie i strzelić sobie "dziubek" do obiektywu, efekt murowany, klękajcie narody i chwalcie nowy dzień. Niestety nie każdy podziela takie upodobania stylu i wynikają z tego pewnego rodzaju różnice zdań (bywają one subtelne mniej więcej jak armia radziecka). Reasumując każdy chłopak kiedy wchodzi w okres stawania się mężczyzną musi zapier**lić sobie chleba z musztardą.
Tak to już koniec, absolutny, nieodwołalny i nieunikniony koniec! Choćbyście naszemu kochanemu prezydentowi łeb urwali i mu do szyi naszczali, nie odkręcicie tego zdarzenia! Mianowicie, rok nam się kończy, a co za tym idzie, należałoby go jakoś podsumować. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że po chwili głębszej refleksji, na mojej młodzieńczej twarzy (z profilem godnym bicia na monetach) wystąpiła nutka konsternacji. Otóż, doszedłem do pewnej konkluzji, która jasno dała mi do zrozumienia, że sumowanie minionych wydarzeń nie ma najmniejszego sensu z dwóch przynajmniej powodów. Po pierwsze, Obama został prezydentem i w 2012(wedle Nostradamusa) tak wszystko szlag jasny trafi. A po drugie, Balcerowicz musi odejść. Dzieląc się z wami klejnotami moich przemyśleń, pragnę tylko zauważyć, że mimo ich dekadenckiego charakteru, należy iść przez życie (a przynajmniej przez jego resztę) z nastawieniem jak najbardziej pozytywnym! A na poprawę humoru osobiście polecam struganie taboretów z pędów młodej sosny. Co prawda jest jeszcze mieszanie kolanem betonu na Ukrainie, ale kto ma czas jeździć za granicę, dlatego pozostańmy przy pierwszej opcji. No ale wracając do schyłku 2008 roku pragnę udzielić wam kilku rad. At first proponuję zająć się jakimś hobby, zapytacie pewnie jakim na przykład? No to polecam zająć się hodowlą, najlepiej jeleni, sam mam kilka na ogrodzie i sprawują się całkiem nieźle. Kiedyś na 18-stce mojego zacnego kolegi dowiedziałem się, że inny kolega również jest z branży hodowlanej tyle , że on trudni się hodowlą mangust. Szczerze mu to odradziłem. Bo nie ma to jak zdrowy, dorodny jeleń przykuty do trzepaka. Jak się ubije to i poroże można powiesić nad kominkiem(gorzej dla tych co nie maja kominków). Ale dość o Jeleniach, to temat do rozmów przy alkoholu. Mówiłem o hobby na nowy rok, a więc oprócz hodowli polecam zająć się edukacją we własnym zakresie. Osobiście polecam tak przydatne kierunki jak: łopatologia, widłochemia bądź łyżewnictwo. A dla tych co niezbyt garną się do poszerzania swoich horyzontów pozostaje jedynie obserwacja zmian w populacji emerytów i rencistów na drewnianych ławkach w parku. Kolejną radą na nadchodzący rok jest kupno roweru z lemieszem i zaopatrzonego dodatkowo w zapasowe części do miski, migacze do żelazka i drzwi do lasu (nie wiem po co one, ale sama wizja kładzie na glebę). No, to chyba już wszystko o czym chciałem dzisiaj wspomnieć. Osobiście życzę wszystkim Wesołego Nowego Roku i uważajcie na zdychające żyrafy (nieładnie wali im z pyska).
Siedząc sobie przy wigilijnym stole, w znacznym stopniu, obciążając moją biedną wątrobę zastanawiałem sie, jaki to wszystko ma sens. Pomijając już narastającą z roku na rok komercjalizację świąt Bożego Narodzenia chciałbym ponarzekać sobie na sens wzajemnego składania sobie życzeń świątecznych. Mianowicie, jest to tylko analogiczna do minionych lat wymiana uprzejmości, których treść uzależniona jest od aktualnego statusu społecznego bądź majątkowego danego odbiorcy. Już prędzej kulawa krowa na wrotkach z encyklopedią PWN na plecach zatańczy "makarenę" na chodniku przed moim domem niż uwierzę w to, że każde życzenia są szczere i nie są oklepane. Za każdym razem gdy ktoś składa mi kolejne już z rzędu bezsensowne życzenia (najczęściej zdobyte operacją: www.google.pl => "życzenia bożonarodzeniowe") czuję się jakby ktoś opluł mnie łopatą (uczucie podobne do tego gdy ktoś usmarka Cię grabiami). Daliby w reszcie święty spokój i dali w spokoju pograć w nowego COD'a przed wieczerzaniem w gronie ukochanej rodziny. A tak na marginesie to zimno jest...



